Rozmowa z Ewą Kłopotowską, właścicielką schroniska Szrenica w Karkonoszach
– Kiedyś dotarłem na Szrenicę w nocy. Drzwi schroniska zostały otwarte, a po wejściu usłyszałem: gorąca zupa czy piwo?
– Przyjmujemy gości zbłąkanych i zmęczonych, także późną porą. W górach bywa różnie, nie zawsze wszystko się przewidzi, a poza tym każdy ma prawo do błędu, także przy planowaniu wycieczek. Przyjęcie pod swój dach gości także w takich okolicznościach uważam za misję schroniska. Do dziś nie mogę pogodzić się z tym, że kiedyś wieczorem pewien turysta, w trudnych warunkach, na srogim mrozie, gdy dotarł do Voseckiej boudy, został z niej odesłany do nas. To niedaleko, ale wiadomo, jak ciężko poruszać się w górach, gdy pogoda nie dopisuje, jest noc, a człowiek pada z nóg. Ten mężczyzna w drodze do nas zamarzł.
– Co najlepiej widać na Szrenicy?
– Kiedyś latał nad nami orzeł bielik. Gdy zobaczyłam z recepcji przez okno, że leci do nas coś dużego, wszystkich zawołałam. Aparaty fotograficzne poszły w ruch, a on krążył nad nami, jakby czegoś szukał. Odleciał nad Vosecką boudę i tam pikował. Pewnie to, co chciał, upolował.
– Jest Pani związana ze Szrenicą od ponad trzydziestu lat, czyli zaczynała Pani, gdy widać było jeszcze skutki klęski ekologicznej w Karkonoszach.
– Przyroda odradza się wspaniale: kosówka i świerki porosły, bywają w naszej okolicy zające, daniele, lisy, jelenie i łanie. Wielkie wrażenie robią rykowiska we wrześniu, bliżej godziny 19., o ile sprzyja pogoda. W kosodrzewinie rodzą się małe łanie! Kiedyś chłopcy z naszego schroniska przyszli z wiadomością: "Widzieliśmy maleństwo!". Mieli nawet do siebie pretensje, że spłoszyli mamę i martwili się, że dziecko zostało samo. Uspokajałam ich, że mama na pewno wróci. I tak się rzeczywiście stało – wróciła szybko i zabrała maluszka. Kiedyś w kosówce zauważyłam łanię, tak bardzo blisko mojej twarzy, że mogłabym jej sięgnąć. Była idealnie wtopiona w przyrodę, nie ruszała się, nie wydawała żadnego odgłosu. Jelenie i łanie mają świetny słuch. A jak doskonale poruszają się po kosodrzewinie!
– Pani spojrzenie jest niezwykłe, jak na przedstawicielkę biznesu turystycznego. Szrenica to przecież schronisko prywatne
– One i oni – zwierzęta – są tu od zawsze, to ich naturalne środowisko. My jesteśmy tylko gośćmi, dlatego powinniśmy zachowywać się jak goście. Karkonoski Park Narodowy musi tego pilnować, to jego rola. Oczywiście, schronisko trzeba utrzymać, co pociąga za sobą stałe, wysokie koszty, ale pamiętajmy, że jesteśmy w górach, co wymaga od nas odpowiedniego zachowania także wobec ludzi, którzy do nas przychodzą. Ostatnio, pomimo inflacji, nie podniosłam znacząco cen. Zależy mi, by, na przykład, rodzina z dwójką dzieci, która do nas dotrze, mogła pozwolić sobie na obiad.
– Czy goście są tacy sami, jak w latach 90. XX wieku, gdy rozpoczęła Pani pracę na Szrenicy?
– Jest znacznie mniej grup, które urządzały imprezy solidnie zakrapiane alkoholem. Przybywa natomiast turystów wędrujących po górach z plecakami. Dość mocno zmienia się profil osób aktywnych, które docierają do nas zimą. Kiedyś byli to przede wszystkim narciarze zjazdowi. Obecnie przychodzi wiele osób na skiturach, w rakietach śnieżnych i na biegówkach. Ci ostatni to głównie Czesi. Inna zmiana to rosnąca liczba turystów ze zwierzętami, zwłaszcza z psami. Znacznie więcej jest też ludzi świadomych tego, po co idą w góry. Szanują swój czas, wieczorem wypiją lampkę wina przy rozmowie, a rano wychodzą na szlaki. Są kulturalni, wiedzą, jak się zachowywać w górach, mają odpowiednie ubranie i ekwipunek. Sporo jest też takich, którzy przyjeżdżają w Karkonosze, by pogodzić się z Panem Bogiem. Mieć czas na rozmowy i uświadomienie sobie, że to wszystko Bóg stworzył dla nas. Warto docenić ten dar, zatrzymać się w epoce pędzącej globalizacji i zastanowić się, po co w ogóle jesteśmy i jacy jesteśmy. Człowiek omotany mamoną potrafi się zagubić i stracić to, co najważniejsze. Powinniśmy żyć zgodnie z Dekalogiem. Uchroni nas to przed wszystkimi zagrożeniami. Jesteśmy tu moment, nie warto tracić go na rzeczy nieważne i niszczyć to, co najważniejsze, także przyrodę.
– Uciekamy w góry często przed nadmiarem bodźców, które atakują nas właściwie bez przerwy. Pani też tu przybyła z wielkiego miasta.
– Jestem z Warszawy. Mój mąż pracował, a ja wychowywałam nasze dwie córki. Mąż miał kolegę, który chciał kupić coś w górach i szukał odpowiedniego obiektu. Od niego dowiedzieliśmy się o remontowanym od 26 lat schronisku na Szrenicy, które PTTK chciało sprzedać. Mąż argumentował:
turystyka zawsze była, jest i będzie. Przywiózł mnie tu. Okolica od razu mi się spodobała, ale schronisko… W środku ruina! Kupiliśmy je, wzięliśmy się do pracy. To, co zrobiono tu wcześniej, było fuszerką. Nawet okna nadawały się do wymiany, bo były z niewłaściwego drewna. Mąż poprosił o pomoc mamę – Barbarę. Włożyła w schronisko mnóstwo pracy w najtrudniejszym okresie przywracania go do życia i później. Po roku otwarliśmy je. Dzięki temu zaczęło zarabiać, więc były pieniądze na kolejne remonty i inwestycje.
– Ludzie z zewnątrz, inwestujący w tak eksponowanym, można rzec – strategicznym miejscu. Jak ułożyliście sobie stosunki z otoczeniem?
– Początkowo traktowano nas w tej okolicy jak obcych, ale dzięki mamie – niezwykłej osobie – zdobywaliśmy sobie sympatię i przyjaciół, którzy nam pomagali. Jak choćby ratownicy GOPR czy żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. Gdy działo się coś nagłego, wymagającego wsparcia, dzwoniliśmy do nich, a oni natychmiast przystępowali do działania. Dzięki tym ludziom, jak również innym, przekonałam się, jak wartościowa jest zasada: „W górach trzeba sobie pomagać.” Wśród życzliwych i wartościowych ludzi, na których mogliśmy liczyć, są pracownicy Karkonoskiego Parku Narodowego z dyrektorem na czele, burmistrzowie
Szklarskiej Poręby i załoga kolei linowej na Szrenicę, jak również przewodnicy sudeccy. Prowadzili do nas wycieczki, co pozwoliło nam przetrwać w pierwszym, najtrudniejszym okresie. Doceniam też wysiłek naszych pracowników, w tym wspaniałych pań, które zarządzały schroniskiem na zmianę. Sama oczywiście też byłam jedną ze zmienniczek. Bardzo się cieszę, że mam wsparcie córek i zięcia. Tu ciągle jest wiele do zrobienia. Tylko zespołowo można temu podołać. Dlatego jestem szczęśliwa, że pracujemy jako drużyna. Dzięki internetowi i monitoringowi wizyjnemu – to także ważna zmiana na przestrzeni tych ponad 30 lat – wiele można już załatwić i widzieć online. Jeśli zaś chodzi o inne schroniska w Karkonoszach, to najlepszy kontakt, choć przez lata tylko telefoniczny, miałam z panią Sylwią Siemaszko z Samotni. Cieszę się, że w końcu udało nam się umówić i poznać osobiście
– Jak to się stało, że tak dobrze odnalazła się Pani na Szrenicy? Czy miała Pani podobne doświadczenia w życiu?
– Po liceum uczyłam się w pomaturalnym studium kosmetycznym, a potem pomagałam mojemu tacie, który był rzemieślnikiem. Zajmował się galanterię metalową. Może pewne zainteresowania artystyczne mam po nim? Przede wszystkim jednak zajmowałam się domem i wychowaniem córek. Mój mąż pracował, prowadził drukarnię. Gdy córki podrosły, poszłam na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Uczyłam się tego, co zawsze mnie pasjonowało: malarstwa i grafiki. Miałam szczęście spotkać na swojej drodze profesora Włodzimierza Szymańskiego, wspaniałego dydaktyka i tytana pracy, który potrafił otworzyć mnie na zupełnie nowy świat. Wraz z innymi osobami rozkochanymi w malarstwie stworzyliśmy grupę malarską, jeździliśmy razem na plenery
– Cały czas Pani maluje, w schronisku można zobaczyć Pani obrazy
– Długo się przed tym broniłam, ale ostatecznie zgodziłam się. Malarstwo fascynuje mnie samo w sobie. Nie robię tego po to, by pokazywać moje obrazy innym, wystawiać. Kocham malować!
Pracy na Szrenicy musiałam się nauczyć. Początkowo byłam w kuchni, gdzie szykuje się duże ilości jedzenia. Nie wiedziałam, na przykład, ile solić, podczas gdy teraz robię to na garstki. Musiałam nauczyć się też zarządzania całością. W schronisku bez przerwy trzeba inwestować, a mamy zasadę, że nie bierzemy kredytów ani pożyczek. Inwestujemy to, co zarobimy. Na pewne zakupy i zmiany trzeba więc poczekać, aż uzbieramy pieniądze, ale jesteśmy dzięki temu spokojni i bezpieczni finansowo. Przykładam ogromną wagę do czystości. Denerwuje mnie, gdy ktoś niweczy nasz wysiłek: fuszerki wykonawców i dewastowanie urządzeń przez gości. Kiedyś popsuł się kran, lała się woda, a goście poszli sobie i nawet o tym nie powiedzi
– Pamiętam kultowy Maraton Karkonoski ze startem i metą na Szrenicy oraz bazą w Pani schronisku. Niestety, nie wytrzymało.
– Jesteśmy przecież w górach, co oznacza pewne ograniczenia. Gdy byliśmy bazą Maratonu Karkonoskiego, wielu zawodników u nas spało, w naszych pomieszczeniach pracowało biuro zawodów, a po zakończeniu maratonu przygotowaliśmy dla wszystkich naleśniki. Niestety, okazało się, że schronisko nie jest przystosowane do tak dużego wydarzenia. Tym bardziej, że wszyscy maratończycy – nie tylko ci, którzy u nas nocowali – chcieli się wykąpać. Pompa tego nie wytrzymała. Wysiadła. Przez kolejne dni mieliśmy z tego powodu duże kłopoty. Na nową pompę wydaliśmy osiem tysięcy złotych.
– Pani mąż byłby dumny, gdyby widział, że schronisko trzyma się świetnie i cieszy się dobrą renomą
– Wspieraliśmy się nawzajem, a nasze wspólne życie i praca oparte były na głębokiej miłości. Bez niej nic się nie zbuduje. Trzeba oddać się całkowicie drugiej osobie. To przekonanie, że miłość polega na dawaniu, przekazaliśmy naszym córkom. Jest mi przykro, że mąż odszedł z tego świata tak wcześnie. Potrzebowałam długiego czasu, by się pozbierać. Uciekłam w pracę. Wiek robi swoje i zdaję sobie sprawę, że moja sprawność nie jest już taka, jak kiedyś. Mój czas na Szrenicy zbliża się do końca. Nie sprzedam jej. Ciągnie mnie tu. Poświęciłam Szrenicy sporą część mojego życia, więc nie sposób powiedzieć teraz: cześć! Tym bardziej, że mam wspaniałych następców – moje córki Paulinkę i Natalię oraz zięcia Krzysztofa, którzy wprowadzają wiele wartościowych innowacji, cennych zarówno dla nas, jak i dla gości oraz całej okolicy. Są bardzo zaangażowani oraz dają wiele serca. Poprowadzą to na pewno znakomicie. Są cudowni.
Rozmawiał: Leszek Kosiorowski
Artykuł z Kwartalnika : Z KRAINY DUCHA GÓR Nr.4 Lato 2023