Zdarzyła się nie w Tatrach, nie w Beskidach, lecz w Karkonoszach – górach uważanych za „spacerowe”, gdzie, według niektórych, do niczego złego nie może dojść. Tragedia owa przybrała postać potwornej lawiny śnieżnej, pod którą zginęło 19 osób, a 5 zostało ciężko rannych. Doszło do niej 20 marca 1968 r.
Ten dzień zapisał się we wspomnieniach jako słoneczny i… dość ciepły. W Karpaczu, Szklarskiej Porębie oraz innych karkonoskich miejscowościach turystycznych goście space rowali, zażywali kąpieli słonecznych, a co młodsi i bardziej zapalczywi wybierali się w góry. Tyle tylko, że na wierzchowinie i zboczach Karkono szy panowały warunki wybitnie niesprzy jające górskim wędrówkom. Zalegała tam masa śniegu, który świeżo spadł na twarde, zlodowaciałe podłoże. Patrząc na Karkonosze z dolin, można było do strzec unoszące się raz po raz nad wierz chowiną białe pióropusze – nieomylny symptom silnego wiatru podrywającego śnieżny puch. Wichura przybierała na sile, więc szefostwo kolei linowej z Karpacza na Kopę zdecydowało o jej zatrzymaniu. Zbliżała się godzina 11.
W ośrodku wypoczynkowym „Juventuru” w Karpaczu kwaterowała zorganizowana grupa młodych w większości Rosjan. Byli to pracownicy zakładów przemysłowych z Syzrania, Kujbyszewa i Usolie. W gru pie przeważały kobiety. Zwiedzali Polskę, przybywszy do naszego kraju tzw. Pocią giem Przyjaźni. Na program pobytu w Kar konoszach składały się dwie wycieczki: 19 marca 1968 r. gościli na Zamku Chojnik i przy wodospadach w Szklarskiej Porębie (przewodnik sudecki Marek Wikorejczyk zrobił ostatnie, jak się później okaza ło, zdjęcie Rosjanom, na tle wodospadu Szklarki), a następnego dnia planowany był wjazd koleją linową na Kopę. Stamtąd Rosjanie mieli iść na Śnieżkę.
Kiedy grupa przybyła pod dolną stację kolei linowej na Kopę, około 9 rano, do wiedziała się, że wskutek silnego wiatru wyciąg nie kursuje. Zapadła wtedy, pod jęta nie wiadomo przez kogo, fatalna de cyzja, by na Kopę powędrować pieszo, przebiegającym tuż obok dolnej stacji wyciągu czarnym szlakiem – tzw. Śląską Drogą. Szlak ten, znany od średniowie cza, wiedzie po zboczu Kopy na wierzcho winę Karkonoszy. Idąc nim, trzeba przejść.
przez Biały Jar – miejsce owiane ponurą sławą ze względu na dużą ilość schodzących tam lawin. W 1927 r. w Białym Jarze zginął w lawinie przewodnik górski, podążający Śląską Drogą z Karpacza w góry.
leni śniegiem, lodem i porwanymi przez lawinę głazami; dusili się też wypełniającym drogi oddechowe śniegiem
Choć może się to wydać niewiarygodne, 5 osób ocalało. Byli to ci, którzy szli na końcu rozciągniętej grupy, a od czasu do czasu schodzili ze szlaku w las. Tak zapamiętał straszne chwi le Władimir Fadiejew z Kujbyszewa: „Stałem trochę z boku szlaku. Nagle poczułem silne uderzenie w głowę i plecy. Coś poniosło mnie i powlokło 100 czy 150 metrów, zdarło ze mnie czapkę, kurtkę, buty, uderzało mną o drzewa. Czepiałem się tych drzew, krzyczałem, ale nikogo już nie było! Potem był to bogan, karetka i szpital. Nikogo z kolegów, z którymi szedłem, już nie zobaczyłem”
Akcja ratunkowa ruszyła natychmiast po zejściu lawiny. Trage dię dostrzeżono z górnej stacji kolei linowej. Zbigniew Paw łowski, kierownik wyciągu, uruchomił go, by szybko dotrzeć z kolegami i grupą doświadczonych turystów na lawinisko. Kogo mógł, zwołał Waldemar Siemaszko ze schroniska „Sa motnia” i też ruszył ze swą ekipą na lawinisko, by dowodzić tam początkową fazą akcji. Dzięki pracy tych ludzi gór udało się szybko odkopać spod śniegu i uratować życie 5 osobom – w tej liczbie Wowie Fadiejewowi. W późniejszej fazie dowódz two przejął naczelnik Grupy Karkonoskiej GOPR, Stanisław Kieżuń. Stację centralną GOPR w Jeleniej Górze powiadomił ratownik Ryszard Jaśko, dyżurujący tego dnia na posterunku w dolnej stacji wyciągu na Kopę.
Grupa na czarnym szlaku liczyła w sumie 24 osoby – 14 Ro sjan, do których dołączyło 6 obywateli Niemieckiej Repu bliki Demokratycznej oraz 4 Polaków. Na czele szedł Polak – 27-letni Stefan Wawreniuk z Warszawy, pilotujący grupę z ZSRR, który zdecydował się poprowadzić podopiecznych w góry, gdyż miejscowy przewodnik – Marek Wikorejczyk – stanowczo odmówił przewodnictwa w tak niebezpiecznych warunkach i do końca przekonywał Rosjan, by zaniechali swych planów.
Parę minut po godzinie 11. ze zboczy Białego Jaru ruszyły w dół zewnętrzne, luźne masy śniegu. Pociągnęły za sobą za legający głębiej, twardy, zlodowaciały śnieg. Z ogłuszającym hukiem i łoskotem 150 tys. ton śniegu i lodu runęło w koryto wypływającego z Białego Jaru Złotego Potoku, wzdłuż które go wiedzie Śląska Droga. Lawina, niszcząc wszystko, co na potkała na swej drodze, po około 50 sekundach zatrzymała się kilometr niżej.
Dochodzący do wylotu Białego Jaru ludzie byli bez szans. Śmierć nadeszła z prędkością około 100 km na godzinę. Sze rokość lawiny wynosiła od 25 do 70 metrów, a jej „czoło” li czyło ponad 15 metrów wysokości. Wędrowcy ginęli.
55 lat temu nie istniał internet ani telefonia komórkowa, a te lefony stacjonarne dostępne były nielicznym. Jednak ówcze sny GOPR, a także milicja i wojsko, nawet w takich warunkach mieli na tyle skuteczny sposób powiadamiania i działania, że po paru godzinach na lawinisku pracowała już kilkuseto sobowa grupa – oprócz ratowników górskich i milicjantów śnieg przekopywało także wojsko, gdyż z Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej z Jeleniej Góry przyjechało 500 podchorą żych i elewów. W akcji uczestniczyli również żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza z górskich strażnic. Lekarka z Karpacza, Jadwiga Klamut, ratowniczka GOPR, przerwała pracę w przy chodni i pojechała na lawinisko. Pozostała tam jako ratow niczka i lekarka nieprzerwanie przez 3 doby.
Na lawinisku część ludzi przekopywała środkową jego część głębokimi rowami, a inni sondowali śnieg specjalnymi pręta mi. Późnym popołudniem przybyła ekipa czechosłowackiej Horskej Slużby. Wśród ratowników czeskich był Bohumil Ho fman, którego polscy ratownicy 2 lata wcześniej uratowali spod lawiny w Kotle Łomniczki: „Mam tu dług do spłacenia” – stwierdził Czech i zaciekle wziął się do pracy.
Czesi przywieźli ze sobą psa lawinowego. Psi nos radykal nie ułatwił pracę, gdyż dobrze wyszkolony pies jest w stanie w ciągu godziny przebadać teren, na który ludziom potrzebna jest doba. Niestety, odszukani dzięki psu ludzie nie dawali już oznak życia.
Tymczasem szybko zapadł zmrok i przyszła noc. Sytuacja stała się dramatyczna, gdyż samym ratownikom zagrażał po tężny nawis śniegu. Mimo to pracowali nieprzerwanie, a woj sko zainstalowało kabel elektryczny do oświetlenia lawiniska. Żołnierze z 18 Karkonoskiego Pułku Obrony Przeciwlotniczej, używając działka bezodrzutowego, usiłowali odstrzelić for mujący się nad Białym Jarem, śnieżny nawis.
Pod koniec pierwszej doby znaleziono 10 ciał. 21 marca wy kopano 1 ofiarę śmiertelną, następnego dnia – 5. 23 marca, po wykopaniu kolejnych zwłok, coraz gorsze warunki atmos feryczne zmusiły ratowników do opuszczenia lawiniska. Ak cja ratunkowa trwała nieprzerwanie od 11.15 20 marca do 18. 23 marca 1968 r. Na lawinisku pracowało w sumie około 1100 osób. Ostatnie 2 ofiary wydobyto spod śniegu dopiero 1 i 5 kwietnia
Po tragedii postawiono w Białym Jarze skromny, granitowy obelisk, upamiętniający ofiary. Nie przetrwał. W 1974 r. zmio tła go potężna lawina śnieżna, schodząca ze zboczy Białego Jaru. Obecnie tragedię sprzed prawie 55 lat upamiętnia tabli ca przymocowana do skał latem 2018 roku. Jest to również pamiątka kolejnej tragedii w złowrogim Białym Jarze – 20 marca 2008 r. w lawinie poniósł śmierć przewodnik górski i instruktor narciarstwa z Jeleniej Góry.
Ewa Kiraga-Wójcik Zdjęcia i rysunek z archiwum Grupy Karkonoskiej GOPR
Artykuł z Kwartalnika : Z KRAINY DUCHA GÓR Nr.2 Zima 2022-2023