Każdy, kto wpatrzy się w Jego dzieła, doznaje kontaktu z czymś niesłychanie kruchym, niesłychanie ulotnym i… niesłychanie misternym w swej strukturze. A przecież owe grafiki powstawały na linoleum do krycia podłóg – trudno wyobrazić sobie bardziej pospolity materiał! Tak tworzył swe światowej sławy linoryty Józef Gielniak, którego los związał z Kowarami.
Przyszedł na świat 18 lutego 1932 r. w północnej Francji, w miasteczku Denain niedaleko Valenciennes, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej osiedlili się w poszukiwaniu pracy Jego przodkowie – emigranci z Polski. Po uzyskaniu wykształcenia w szkole średniej w niedalekim Anzin, w roku 1948 wybitnie uzdolniony plastycznie 16-latek rozpoczął naukę w renomowanej Ecole des Beaux- -Arts w Valenciennes. W tym samym czasie zdobył I nagrodę organizacji Le Union Francaise des Oeuvres Laiques d’Education Artistique za swe rysunki i akwarele. Niestety, z powodów finansowych musiał przerwać naukę – rodzina państwa Gielniaków była zbyt uboga, by opłacać czesne.
Mer Anzin zaproponował młodemu człowiekowi w tej sytuacji stypendium na opłacenie studiów w Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu, jednakże Józef Gielniak wybrał propozycję działaczy polonijnych – jesienią 1948 r. wyjechał do polskiego liceum w Paryżu, aby zgłębiać język ojczysty oraz polską historię i kulturę. Uczył się tam jedynie przez trzy miesiące. W 1949 r. zachorował na gruźlicę płuc – chorobę naówczas straszliwą i prawie nieuleczalną. Skierowano Go do sanatorium w Neufmoutiers-en-Brie, gdzie lecząc się i nadal ucząc, zdał egzamin dojrzałości.
W roku 1950 rodzina państwa Gielniaków, z 18-letnim wówczas Józefem, powróciła do Polski. Zamieszkali w Grudziądzu. Józef Gielniak miał szansę, by podjąć studia na Wydziale Konsularno-Dyplomatycznym w Warszawie, lecz plany te pokrzyżował nawrót gruźlicy. Leczono Go początkowo w Grudziądzu, następnie w Bydgoszczy, a w sierpniu 1953 r. skierowano do sanatorium „Bukowiec” w Kowarach, położonego na słonecznych stokach Rudaw Janowickich, gdzie przyszły artysta światowej sławy, pomimo zmagań ze śmiertelną chorobą, sycił się zjawiskowymi krajobrazami okolicznych gór i dolin – Karkonoszy, Rudaw Janowickich oraz Kotliny Jeleniogórskiej.
W ciągu niemal trzech lat znakomici kowarscy lekarze pulmonolodzy opanowali ostry stan gruźlicy. 2 maja 1956 r. Józef Gielniak został wypisany z ewidencji chorych, lecz sanatorium, ze względu na nawracającą chorobę, już do końca krótkiego życia nie opuścił. Otrzymał w „Bukowcu” mieszkanie i pracę – pełnił obowiązki statystyka medycznego oraz archiwisty. Tutaj poznał Danielę, nazywaną przez Niego Grażynką, również pacjentkę „Bukowca”, a później pracownicę sanatorium. Młodzi pobrali się w 1956 r. 10 stycznia następnego roku przyszedł na świat ich synek – Józef Mirosław, zwany zdrobniale Jojo.
i emocji. Jednak siła talentu Józefa Gielniaka sprawia, że nawet dzisiejszy, żyjący w XXI wieku odbiorca dostrzega w linorytach sprzed ponad 60 lat niepokojącą metaforę otaczającej go współczesności.
Grafiki te, odbijane na papierze albo japońskiej bibułce, układają się w cykle. Najbardziej znane to „Sanatoria” z lat 1958- 67, „Improwizacje” (1950-59) oraz „Improwizacje dla Grażynki” (1965-71). Dla przyjaciół, leczących Go medyków oraz znajomych Józef Gielniak stworzył też 17 exlibrisów. Jego dorobek artystyczny obejmuje 53 linoryty, 9 monotypii, 4 mezzotinty, 2 akwaforty oraz 37 rysunków i szkiców.
Pierwszą wystawę zorganizowano młodemu twórcy już w grudniu 1956 r., a dwa lata później stał się on członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. Jego prace wysyłano na wszystkie liczące się przeglądy grafiki współczesnej, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Odnosiły tam sukcesy – w 1959 r. Józef Gielniak został nagrodzony podczas II Ogólnopolskiej Wystawy Grafiki Artystycznej i Rysunku „Warszawa-Zachęta”. Po czterech latach otrzymał nagrodę na V Międzynarodowej Wystawie Grafiki w Ljubljanie (dzisiejsza Słowenia), a w 1964 r. – Nagrodę Państwową. Uhonorowano Go również, w 1968 r., Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1972 roku, u schyłku życia, zdobył Złoty Medal na IV Międzynarodowym Biennale Grafiki w Krakowie.
Miarę sukcesu i rozkwitu talentu stanowiły również liczne wystawy indywidualne. W roku 1961 oraz 1968 odbyły się dwie takie wystawy we Wrocławiu, w roku 1962 – w Jeleniej Górze, rok później w Wiedniu, a w 1970 r. prace Józefa Gielniaka pojechały do Gdańska. We Wrocławiu jeszcze raz zorganizowano ekspozycję dzieł artysty – w 1972 r., już po Jego śmierci.
Z powodu choroby Józef Gielniak w zasadzie nie opuszczał sanatorium „Bukowiec”. Raz tylko, w 1968 r., zdobył się na wysiłek podróży do Wrocławia, na wernisaż retrospektywnej wystawy swych prac w Muzeum Śląskim (obecnie: Narodowym). Z przyjaciółmi i znajomymi prowadził rozległą korespondencję – Jego listy do prof. Stanisława Dawskiego, aktora Wojciecha Siemiona, grafika Jerzego Panka, malarza, rysownika i grafika Henryka Płóciennika oraz wielu innych artystów przetrwały; stanowią nieocenioną skarbnicę wiedzy o osobowości oraz życiu codziennym Józefa Gielniaka.
Zakorzeniwszy się w sanatoryjnym środowisku, Józef Gielniak powrócił do tworzenia. Zwrócił się też z prośbą do Ministerstwa Kultury o umożliwienie mu indywidualnych studiów artystycznych. Już w styczniu 1956 r., jeszcze w trakcie kuracji, nawiązał z twórcą kontakt profesor Stanisław Dawski – rektor Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Otoczył Go opieką artystyczną na długie lata, podarował stare, XIX-wieczne jeszcze dłuto drzeworytnicze, lecz zasugerował linoryt jako sposób artystycznej ekspresji. Ten rodzaj grafiki stanowił wtedy dla kowarskiego twórcy nie tylko oryginalny środek wypowiedzi artystycznej. Linoryty były także jedynymi dziełami graficznymi na miarę sił oraz stanu zdrowia Józefa Gielniaka.
Artysta potrzebował niespełna dwóch lat, by w pełni opanować swój warsztat linorytnika, a także – osiągnąć własny, niepowtarzalny styl. Jego dzieła – misterne układy drobniutkich punktów, linii oraz dramatycznych, ciemnych płaszczyzn – fascynują, zastanawiają i niepokoją po dziś dzień. Bliscy, przyjaciele oraz liczni koledzy – pacjenci „Bukowca” – częstokroć odnajdowali w grafikach Józefa Gielniaka metaforę straszliwej choroby, gruźlicy pustoszącej ludzki organizm, niweczącej zdrowie człowieka, jego życie, marzenia i plany na przyszłość. Sam twórca przyznawał, że Jego linoryty w zamierzeniu mają być subtelnym przekazem osobistych przeżyć
Oprócz nich Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze przechowuje kompletny zbiór prac artysty, płyty linorytnicze, Jego rysunki i obrazy, a także pamiątki rodzinne przekazane przez Danielę Gielniak. Od 1977 roku placówka organizuje Konkurs Graficzny im. Józefa Gielniaka. Pierwsze 7 edycji miało charakter ogólnopolski. W roku 1993 zorganizowano Międzynarodowy Konkurs Graficzny i w takiej formule odbywa się on do tej pory, stanowiąc forum prezentacji dokonań w dziedzinie grafiki zarówno artystów profesjonalnych, jak i amatorów. Szczególna była ubiegłoroczna edycja konkursu, gdyż przypadła ona na dwie okrągłe rocznice – 90. rocznicę urodzin artysty oraz 50. rocznicę Jego śmierci.
Józef Gielniak zmarł na atak serca 28 maja 1972 r., w sanatorium „Bukowiec”. Kilka dni później, w zimny, deszczowy, wiosenny dzień, spoczął na cmentarzu w Kowarach. Do dziś znajduje się tam Jego granitowy pomnik, z wykutą w kamieniu sentencją: I zostanie – w listku, w zapachu, w łopianie… Jak nikt z nas nie zostanie.
Tekst: Ewa Kiraga-Wójcik Zdjęcia archiwalne i reprodukcje grafik Józefa Gielniaka: zbiory Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze Współczesne zdjęcia Kowar: Andrzej Weinke / UM Kowary
W Kowarach powstaje właśnie Promenada Józefa Gielniaka. Realizacja ważnego projektu jest nie tylko znaczącą inwestycją budowlaną, ale też działaniem upamiętniającym postać wybitnego grafika w szczególny sposób.
Częścią przedsięwzięcia jest wykonanie specjalnej dekoracji kładki dla pieszych, łączącej ulicę 1 Maja z placem za potokiem Jedlica. W ten sposób zwykła metalowa kładka zamieniła się w „Mostek Józefa Gielniaka” z motywem nawiązującym do twórczości nieżyjącego artysty. Inspiracją dla twórcy zdobień z metaloplastyki – Macieja Wokana – były Gielniakowskie litografie z cyku „Sanatorium I”. Te niewielkie, ale niezwykle cenione dzieła sztuki litograficznej były efektem fascynacji Gielniaka architekturą ówczesnych kowarskich sanatoriów, ozdobionych licznymi urokliwymi wieżyczkami i detalami. Również przęsła ogrodzenia nad potokiem Jedlica w sąsiedztwie „Mostku Józefa Gielniaka” zyskały motywy nawiązujące do twórczości związanego z miastem artysty – litografii zatytułowanych „W hołdzie mojemu przyjacielowi” oraz „Kowary I”. Obie litografie pochodzą z roku 1957. Do wykonania przęseł Maciej Wokan wykorzystał motywy drzew uwiecznionych na dziełach Gielniaka.
Dlaczego to akurat miejsce i kładkę wybrano do upamiętnienia słynnego twórcy? Otóż Józef Gielniak jest patronem sąsiadującej z mostkiem Szkoły Podstawowej nr 3 w Kowarach.
Artykuł z Kwartalnika : Z KRAINY DUCHA GÓR Nr.3 Wiosna 2023