Gdy przyjechała w nasze strony w 1984 roku z Borów Tucholskich, chciała stąd jak najprędzej uciekać! To był czas klęski ekologicznej w Karkonoszach i Górach Izerskich. Nasz region nazywany był trafnie “Czarnym Trójkątem”. Dziś Zyta Bałazy, spoglądając przez okno swego pięknego domu w Piechowicach, zachwyca się i stwierdza z dumą: Udało się! Odbudowaliśmy las!
– Znalazłam się tutaj za sprawą małżonka, który zaangażował się w pierwszą, prawdziwą Solidarność, a gdy wyszedł z wojska, okazało się, że nie ma dla niego miejsca w lasach, bo uznany został za wywrotowca. Gdzie szukać pracy? Tam, gdzie moje serce i korzenie – pomyślał mąż. Przywiózł mnie w Karkonosze i Góry Izerskie. Mąż pochodzi z Wałbrzycha, a więc blisko. Kiedy zobaczyłam te martwe drzewostany, zdrętwiałam i pomyślałam, że nie ma nadziei na to, że kiedyś tu będzie zielono. Gdy zamieranie lasów na tym terenie ujrzało światło dzienne, za sprawą amerykańskich zdjęć satelitarnych, nasi przełożeni mówili, że załatwią ten problem w ciągu kilku lat i że generalnie nie ma większego problemu. Ale problem był. Skutki klęski ekologicznej usuwaliśmy nie dwa, pięć czy 10, ale przez kilkadziesiąt lat – opowiada Zyta Bałazy.
Źródła klęski
Był koniec lat 70., drzewostany żółkły, coś się w nich działo, zamierały. Zaatakowała je gradacja malutkiego motylka wskaźnicy modrzewianeczki. Zwalczana była środkami bardzo szkodliwymi dla środowiska. Później las zaatakowała cała gama innych szkodników. Trzeba podkreślić też, że lasy
były osłabione przez zanieczyszczenia płynące z Worka Turoszowskiego i z elektrowni na węgiel brunatny w Polsce, Niemczech i Czechach. Te zanieczyszczenia trafiły tu na podatny grunt, czyli na drzewostany nie rodzimego pochodzenia, głównie świerczynę, i na ekstremalny klimat. Stąd wzięły się spustoszenia.
Były też inne czasy. Ochrona środowiska nie była tak ważna w Polsce, jak obecnie. Nie było ani narzędni prawnych, ani pieniędzy, by przyrodę chronić i odbudowywać. Nadleśnictwa były pozostawione same sobie.
– Brakowało ludzi, sprzętu, pieniędzy – wspomina Zyta Bałazy. – Nasi przełożeni zauważyli problem dopiero w 1983 roku. Do pomocy ściągnęli ludzi z całej Polski. Brygady leśne z Piły i Poznania, dobrze przygotowane, zajmowały się głównie odnowieniem lasu, a pozostałe pozyskaniem drewna.
Jak wyglądał wtedy las? O ile w tym czasie z powodu potrzeb hodowlanych pozyskiwało się w nadleśnictwie około 41 tysięcy metrów sześciennych drewna rocznie, to w wyniku cięć sanitarnych w okresie klęski pozyskiwało się po 100, a nawet 180 tysięcy metrów sześciennych! W przeciągu dziesięciu
lat pozyskano milion metrów sześciennych drewna, głównie świerka, zamierającego z powodu ataku kornika. Czynników klęski było więc wiele, co nazywamy chorobą spiralną.
Efektem było zamieranie lasów w Górach Izerskich i Karkonoszach na powierzchni piętnastu tysięcy hektarów. Tak, jakby z mapy wymazano jedno całe nadleśnictwo. Najbardziej ucierpiały nadleśnictwa Szklarska Poręba i Świeradów-Zdrój, ale duże straty poniósł też Karkonoski Park Narodowy i Nadleśnictwo Kamienna Góra.
Zyta Bałazy – rocznik 1954, mieszka w Piechowicach, pochodzi z rodziny leśników. Żona Krzysztofa, mama Radomira, absolwentka Wydziału Leśnego Akademii Rolniczej w Poznaniu w 1981 roku. W latach 1982-84 pracowała w Nadleśnictwie Wejherowo, a od 1984 przez ponad 30 lat w Nadleśnictwie Szklarska Poręba (od 2006 jako nadleśniczy). Zasłużona w walce ze skutkami klęski ekologicznej w Górach Izerskich i Karkonoszach oraz w rozwoju narciarskich tras biegowych Biegu Piastów.
Odbudowa lasu
– Współpracowali z nami naukowcy, którzy zastanawiali się, w jaki sposób odtworzyć drzewostany. Czy wprowadzać tutaj świerka, który być może znowu nie wytrzyma? Czy eksperymentować z jakimiś nowymi gatunkami? Jak zagospodarować ten wielki obszar, by nie było erozji i by las zaczął szybko działać jako fabryka powietrza, ale też jako pompa ssąca, czyli regulator gospodarki wodnej. Pracowało tu od maja do października kilkaset osób przy usuwaniu osuszu czynnego, czyli z kornikiem, i jałowego, czyli takiego, z którego kornik już wyleciał. Ludzie ci pracowali też przy odnowieniach lasów. Mnóstwo osób było zaangażowanych. Czapki z głów przed nimi! – mówi Zyta Bałazy
Ale efektów nie było widać od razu. Nie było wiadomo, czy natychmiast wracać do drzewostanów pierwotnych, czy może powinien być okres przejściowy, czyli pod osłoną gatunków pionierskich, jak brzoza, modrzew czy jarzębina, sadzić gatunki inne, cenniejsze. Zdecydowano, że trzeba wprowadzać gatunki, które tu rosły – wysoko w górach świerk, z pochodzenia miejscowego, a im niżej, tym bogactwo gatunków powinno być coraz większe, czyli należało wprowadzać buka i jodłę.
Gdy walka o las zaczynała się, pieniądze na ten cel były tylko w Ekofunduszu, czyli pochodziły z zamiany zadłużenia Polski na wydatki na cele ekologiczne.
– Ekofundusz kojarzy mi się z doktorem Mirosławem Grzybem, leśnikiem, który znał doskonale temat i zdał sobie sprawę ze skali klęski. I to on, jak i prezes Ekofunduszu Nowicki, wiedzieli, że potrzeba nie tylko wyszkolonych ludzi, ale i dużych pieniędzy. Zawsze było ich za mało. Brakowało na remonty dróg i leśniczówek, na infrastrukturę turystyczną. To zmieniło się dopiero po latach. Przez długie lata klepaliśmy biedę. Zarabialiśmy z małżonkiem tak niewielkie pieniądze, że musieliśmy pożyczać na życie od rodziców, którzy pożyczki zawsze nam darowali, a jak już nie wypadało od rodziców, to prosiliśmy o pomoc naszego przyjaciela drwala, który wtedy, pracując na akord, zarabiał więcej niż kadra inżynieryjna i techniczna nadleśnictwa – przyznaje Zyta Bałazy
– Pracowali u nas Rumuni – na każdych dwóch przypadał jeden pilnujący – kontynuuje opowieść pani Zyta. – Zatrudnialiśmy też FDJ-y, czyli młodzież z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, która nie przyjeżdżała, by pracować, ale by rozrabiać. Przyjeżdżali pięknie ubrani, w białych tenisówkach, szli w góry, dostawali posiłek regeneracyjny, wodę mineralną, motyki i sadzonki. Potem okazywało się, że po wypiciu wody sadzonkę wkładali do butelki i tak zakopywali. Tej sytuacji nie wytrzymał ani mój małżonek, ani ja, ani świętej pamięci leśniczy Tadziu Muraszko. Zbuntowaliśmy się. Wylądowaliśmy na dywaniku u I sekretarza PZPR, bo jak to, jak można odmówić takiej pomocy ze strony młodzieży niemieckiej? Byliśmy jednak wtedy zdesperowani i odważni, a naszym celem było dobro lasu.
Leśnik przed kornikiem
Jak walczono w Karkonoszach I Górach Izerskich z kornikiem? Czy wycinano i usuwano drzewa, które zaatakował?
Leśnik musi iść przed kornikiem, a nie za. Gdybyśmy nie usuwali drzew z kornikiem, mielibyśmy tu drugą Białowieżę. W tamtych czasach, gdy kornik masowo zaatakował, w każdym leśnictwie było przynajmniej dwóch-trzech robotników
trocinkarzy. Dlaczego trocinkarzy? Bo jak kornik wbija się w drzewo, to swoimi nóżkami wypycha trocinki – takie małe, widoczne, białe punkciki na korze świerka. Trocinkarze wyznaczali właśnie drzewa zasiedlone przez kornika, spisując je ołówkiem, w zeszycie. Numer w zeszycie odpowiadał numerowi na drzewie. Potem, jak najszybciej, trzeba było skierować tam drwali, by te zasiedlone drzewa wycięli. Następnie te drzewa powinny były być jak najszybciej przetransportowane do tartaków bądź innych zakładów przerabiających drewno w odległości co najmniej trzech kilometrów od lasu, by ten kornik do lasu nie mógł wrócić. A jeśli nie można było tych drzew wywieźć, to ścinało się je i korowało, a korę, z tym małym chrząszczem bądź larwą, zakopywało się albo paliło. Były też inne metody, dziś już niestosowane, na przykład feromony. To zapach, jaki czasem płynie od kobiety. Feromony ściągały korniki do pułapek. Trocinkarze obchodzili raz w tygodniu las, opróżniali te pułapki, wymieniali feromony. W latach 80. zdarzało się, że robotnik potrafił zebrać w ciągu dnia wiadro korników. Nie stosowaliśmy chemii, bo las już był tak skażony, że nie chcieliśmy. Ale teraz widać w lasach siatki, nasączone substancją chemiczną, która nie pozwala, by kornik wleciał na drewno przykryte taką siatką. Gdy drewno jest zasiedlone, to gdy wyleci z niego kornik, zatrzyma się na tej siatce i zginie – tłumaczy Zyta Bałazy
Wozacy i drwale
To były czasy, gdy w lasach pracowali liczni wozacy i konie. W Nadleśnictwie Szklarska Poręba utrzymywano trzy tak zwane parki konne, w których stacjonowało kilkadziesiąt koni. Pozostało niestety niewiele. Wielka szkoda, bo ani wozaka, ani drwala w górach, przynajmniej w naszych górach, nie zastąpią harwester i forwarder. Obecnie jednak są to zawody tak ciężkie i słabo płatne, że ostatnich wozaków można policzyć na palcach. To samo z drwalami. Efekt? Zniszczenia w lasach, o które ludzie mają często pretensje do leśników.
– Powiedziałabym, że to mniejsze zło, bo cięcia pielęgnacyjne i sanitarne trzeba robić, a nie mając drwala ani wozaka, nie ma innego wyjścia, jak jechać maszynami przez las do drzew zasiedlonych, złomów czy wywrotów – odpowiada Zyta Bałazy. – Niestety, te maszyny powodują erozję. Uważam, że Lasy Państwowe powinny pracować nad górskimi technologiami pozyskiwania i zrywki drewna w celu ograniczenia szkód, które powinny być minimalne. Może maszyny mogłyby być mniejsze, ale będę powtarzała jak mantrę: bez wozaka i drwala w Górach Izerskich i Karkonoszach nie ma możliwości bezstresowego użytkowania lasu. Trzeba do nich wrócić, dać im wysokie wynagrodzenia, zachęcić do tej ciężkiej pracy.
Generalnie jednak izerski i karkonoski las odżył. Znowu jest taki, jak powinien: zielony
– Doczekałam też restytucji jodły – mówi pani Bałazy. – W Nadleśnictwie Szklarska Poręba jej udział zbliża się do dwóch procent powierzchni. Nawet nie marzyłam, że nastąpi taka sytuacja. Dzięki temu można zająć się innymi zadaniami ochronnymi, na przykład ochroną cietrzewia. Czapki z głów przed wszystkimi, którzy się do tego przyczynili!