Artykuły

Historia osobista Zyty Bałazy

Pochodzę z Borów Tucholskich. Urodziłam się w małej, przepięknej miejscowości Osie. Była tam superizba porodowa, a moi rodzice mieli tam znajomości. Moja mama rodziła po ludzku, co się wtedy zdarzało rzadko. Jestem trzecią z rodzeństwa. Mam starszą siostrę, która jest nauczycielem, oraz brata, który jest związany z lasami. Przyszłam na świat 19 grudnia 1954 roku. Śmieję się, że pięćdziesiąty czwarty to dobry rocznik. Moi rodzice mieszkali w dość dużej wsi Jeżewo koło Świecia nad Wisłą, w Nadleśnictwie Dąbrowa. To jest moja pierwsza druga mała ojczyzna, a Szklarska Poręba to też moja pierwsza druga mala ojczyzna. Bo nie wiem, w jakiej kolejności je podawać.

Tam – w Borach Tucholskich – też się wychowałam, w dużym budynku Nadleśnictwa Dąbrowa, który dziś wygląda zupełnie inaczej. Wracam w te strony z sentymentem. Inaczej tam oddycham, gdyż rosną w tej okolicy bory sosnowe. Gdy weźmie się oddech, można się nim delektować... Tutaj nie zawsze tak było, choć już jest lepiej. Pamiętam w Nadleśnictwie Dąbrowa długi korytarz, po którym można było jeździć rowerem. Po prawej stronie były biura, po lewej mieszkanie nadleśniczego, którym był – przez prawie trzy dziesięciolecia – mój tato. W ciągu dnia nie wolno było do niego wchodzić, nie wolno było przeszkadzać. Mimo że było bardzo blisko – do gabinetu taty wchodziło się prosto z pokoju gościnnego.

W 1952, gdy moi rodzice mieli już dwoje dzieci, przeprowadzili się do Nadleśnictwa Dąbrowa. Tato skończył wcześniej studia w Poznaniu, należał do pierwszego rocznika wydziału leśnego po wojnie. Wydział leśny nie należał wtedy, jak obecnie, do Uniwersytetu Przyrodniczego, czy jak było wcześniej do Akademii Rolniczej bądź Wyższej Szkoły Rolniczej, ale do Uniwersytetu Poznańskiego. Żeby mój tata mógł studiować,

moja mama pracowała ciężko na gospodarstwie – takie to były czasy. Tuż po studiach od razu objął posadę, fachowców od lasów wówczas było niewielu. Wychowywałam się więc blisko lasu, na uboczu, na głębokiej wsi. Naszymi głównymi zabawkami były szyszki, mech, patyki i wszystko inne, co dawał las. Pamiętam, jak chowaliśmy z bratem i siostrą, w niewielkich grobach, nieżyjące jeże, wróble, jaskółki. To były nasze zabawy, jak również w wielkim ogrodzie, w którym kwitły narcyze. Szukałam tego gatunku, by posadzić go tutaj, ale nie znalazłam. Zapach z tego ogrodu, jakby cynamonu, przecudowny, kojarzy mi się właśnie z dzieciństwem.

Pamiętam też wyjazdy z tatą do lasu. Najpierw bryczką, a później warszawą pikapem. Wtedy leśnicy kiepsko zarabiali, więc całą rodziną pracowaliśmy na roli, mieliśmy łąki, pola uprawne, ogród i ogródek warzywny. Musieliśmy jako dzieci uczyć się pracy u podstaw. Wyjazd w wakacje nad jezioro był specjalną nagrodą po wykonaniu pracy pastucha. I tak na przykład ja zaczynałam pracę jako małe dziecko. Najpierw gąsek. Z czasem awansowałam, bo mogłam paść krowy. Choć doić się nigdy nie nauczyłam.Wspominam to z sentymentem, można było wziąć kocyk i posiedzieć na nim z książką w ręce. Krowy nie były bowiem tak ruchliwe jak gęsi. Gorzej było, gdy krowa weszła sąsiadowi w szkodę, co czasem się zdarzało. Pracowałam też w polu, plewiłam buraki, plewiłam też ogród i ogródek warzywny. Suszyliśmy siano. Nie baliśmy się tej roboty, to była dla nas frajda. Jedyna zabawka, jaką dostałam, to lalka. Otrzymałam ją na gwiazdkę, i do dziś pamiętam, że mój brat zrobił jej gwoździem dziurę w miejscu, gdzie miała brew. Lalka była zresztą koszmarna, ale i tak to bardzo przeżywałam. Później dostałam jeszcze pluszowego misia, którego mam do dzisiaj. Niestety, mój syn się nad nim pastwił, urwał mu głowę, ze strachu przed mamą przyszył ją potem

odwrotnie. Mimo to jako pamiątka z przeszłości jeszcze funkcjonuje. Moje wnuki Zuzia i Antek patrzą na niego i pytają: “Babciu, to naprawdę Twoja zabawka?”

Dojeżdżałam cztery kilometry byle jakim rowerem do szkoły do Jeżewa. Wtedy zaczęła się też moja przygoda z akordeonem. Woziłam go na bagażniku. Był ciężki, zdarzyło się ze dwa razy, że spadł, ale na szczęście nie rozbił się. Leśnicy – jak już wspomniałam – zarabiali niewiele i moi rodzice – mając nas czwórkę – musieli się spinać, by podołać wychowaniu takiej gromady. Dlatego pamiętam, że akordeon został zakupiony ze specjalnych pieniędzy, które mój tato miał ze sprzedaży ryb. Bo mieliśmy też staw rybny z linami, szczupakami, karasiami. Ich większy odłów został przeznaczony właśnie na akordeon. Mam go do dziś! A w ogóle mam trzy akordeony i gram na nich, szczególnie, gdy jestem bardzo zmęczona i zestresowana. Biorę sobie wtedy kieliszek czerwonego wina i zamykam się w pokoju. Choć mój małżonek lubi słuchać mojej gry, a młodszy wnuczek Antek nawet lubi tańczyć, gdy gram. Niemniej jednak wolę, gdy nikt mnie nie słucha. Zamknięta jestem wtedy w swoim świecie, świetnie odpoczywam. Ciągle szlifuję formę na akordeonie.

Moją szkołę podstawową wybudował mój dziadek. To też wielka historia i wielki człowiek. Śmieję się, że z matmy i domu jestem Noga, bo mój dziadek – tata taty – Bronisław Noga, był nauczycielem. W szkole jest nawet tablica upamiętniająca go jako budowniczego szkoły i jej kierownika w latach 1920–51. Gdy tam jestem i widzę tę tablicę, jestem wzruszona, bo niestety nie poznałam dziadka, gdyż wrócił bardzo schorowany z obozów koncentracyjnych w czasie wojny. Miał cukrzycę i gruźlicę, zmarł w 1952.

Do liceum chodziłam w Grudziądzu. Dojeżdżałam z domu rowerem, gdy byłam spóźniona, rzucałam go na szlabany, wskakiwałam do pociągu, a w Grudziądzu ze stacji miałam co najmniej pół godziny pieszo. Uczęszczałam też do ogniska muzycznego przy szkole muzycznej w Grudziądzu. Zdarzało się, że zmęczona bardzo po lekcjach musiałam jeszcze ćwiczyć jakieś sonaty, sonatiny tudzież etiudy na akordeonie. Robiłam to czasem w nocy na sucho, po cichu, bo przecież nie mogłam pójść nieprzygotowana na lekcje. Maturę zdałam w 1973. Co dalej? Wiadomo! Choć tata mówił, że to kiepski pomysł, że to męski zawód. Uznałam, że to moje powołanie. Wydział leśny!

W Poznaniu, na tym samym wydziale, co mój tata, choć na innej uczelni, bo na Akademii Rolniczej. To mój ukochany wydział rodzinny, albowiem ukończył go także mój syn, mój małżonek i chyba jeszcze dziesięcioro bliskich mi osób z mojej rodziny, w tym siostrzeńcy. Mam dwie siostry i wszystkie mamy mężów leśników. Na studiach poznałam męża, urodził się nam Radek, co było przyczyną przerwy na studiach. Radek przyszedł na świat w 1978 i oczywiście też jest leśnikiem, chociaż poszedł również w kierunku informatycznym, pasjonuje się GIS-em (systemem informacji geograficznej), więc jest trochę dalej od lasu, ale wierzę, że wróci. Czuje przyrodę, jest w tym dobry, wrażliwy, ma wspaniałą rodzinę. Ale gdy pytam wnuczkę Zuzię, co będzie robić w życiu, odpowiada, że będzie sadzić kwiatki w lesie. Spełni więc oczekiwania mamy, która jest ogrodnikiem, jak i taty – leśnika. Można powiedzieć, że pogodziła całą rodzinę.

Moje życie po studiach… Wtedy istniało coś takiego jak stypendia fundowane. Męża skierowano do Nadleśnictwa Strzebielino z siedzibą w Luzinie, a mnie rok później do Nadleśnictwa Wejherowo. Tam szlifowaliśmy formę, przy czym mój mąż po przejściach solidarnościowych, co zaowocowało zresztą nawet uwiecznieniem go na filmie „Robotnicy 80”, musiał odejść.

Dostał wilczy bilet za zaangażowanie w “Solidarność”. Zanim jednak wyjechaliśmy stamtąd, pracowało mi się w Wejherowie dobrze, poznałam tam wielu świetnych ludzi, którzy uczyli mnie fachu. Do dziś się z nimi przyjaźnię. Bo oczywiście studia dają cennę wiedzę teoretyczną, ale by nauczyć się zawodu, trzeba mieć przewodnika praktycznej strony fachu. W Szklarskiej Porębie mentorem i wzorem był dla mnie pan Edmund Kuczkowski, który był wieloletnim zastępcą nadleśniczego. Gdy zatrudniliśmy się tutaj, on uczył nas lasu w górach. Chapeau bas dla pana nadleśniczego!

W czasach klęski ekologicznej, gdy stosy papierów zamieniały się w góry, i trzeba było pracować w soboty i niedziele, wystarczyło powiedzieć: „Pomoże mi pan?” I ja tak mówiłam, jako inżynier nadzoru. Słyszałam zawsze: „Nie ma sprawy, pani Zyto”. W niedzielę rano szło się do kościoła na mszę świętą, a potem w teren. I tak przepracowaliśmy razem wiele lat. To człowiek, który wiele mnie nauczył i który zawsze mnie wspierał. Choć byli i inni, jak Romek Łopusiewicz, który przyjął mnie do pracy, którego uśmiech sprawił, że tu zostałam, bo inaczej bym uciekła po dwóch latach, a tak… Zrobiło się z tego całe życie. Edward Wojtkiewicz awansował mnie na nadleśniczego terenowego, choć nie bardzo chciałam, a później kazał mi zrobić prawo jazdy. Mój mąż, który ciągle podwyższał mi poprzeczkę, ale też zawsze mógł na mnie liczyć. Uważałam, że skoro oboje tu pracujemy, a on został nadleśniczym, podczas gdy ja byłam inżynierem nadzoru, to musimy udowodnić, że zasługujemy na nasze zawodowe role. Były

bowiem momenty, że było źle. My, ze swoimi prawicowymi poglądami, mieliśmy z tego powodu problemy, szczególnie mój małżonek, więc pracowałam cały czas z miłości i pasji do lasu, ale też po to, by udowodnić, że zasługujemy, by tu pozostać. Były też lata późniejsze, piękniejsze, zwłaszcza już po zakończeniu skutków klęski, gdy mogliśmy skupić się na innych zadaniach, jak na przykład na restytucji jodły. Myślę więc, że zaraziłam się lasem w dzieciństwie od rodziców, także od ojca chrzestnego – brata taty, który był także leśnikiem. I myślę, że ukształtowali mnie ludzie po drodze, w tym nauczyciele akademiccy z Poznania. Gdy byłam nadleśniczym, lubiłam z nimi rozmawiać o lesie od strony naukowej. Nigdy nie bałam się mądrych ludzi. Uważałam, że moi podwładni powinni być mądrzejsi w swoich dziedzinach ode mnie.

Zrobiłam ze sześć studiów podyplomowych, by spotkać ludzi mądrzejszych od siebie. Ale też by posłuchać przy ognisku tego, co naprawdę myślą. Otwartość na innych, mądrych, pomaga w życiu, i w pracy zawodowej. Jeśli coś w życiu osiągnęłam, to dzięki rodzinie i moim nauczycielom

Najważniejsza jest dla mnie rodzina. Na emeryturze mogę poświęcić więcej czasu wnukom. Są radością mojego życia. Kiedyś myślałam, że emerytura to koniec życia, a teraz widzę, że dopóki mam siły, mam wiele planów i marzeń. Dziś najwięcej szczęścia daje mi bycie ze swoimi najbliższymi. Ale chciałabym też zwiedzać świat. Ciężko aklimatyzuję się w nowych miejscach. W tym, gdzie jestem od lat, też tak było, a dziś uważam je za swoje miejsce na ziemi. Gdy zabraknie mi kiedyś sił na pracę w moim ogrodzie, zajrzę do mojej biblioteki i wyszperam wszystkie materiały dotyczące przede wszystkim ludzi, ale także tego, co się tutaj działo przez ponad 30 lat. I zacznę o tym pisać, głównie o ludziach. Brakuje mi tego, tych ludzi, którzy odeszli, którzy byli moimi idolami. Jak choćby Tomek Jukniewicz, który przepracował ponad 40 lat w lesie. To była jego pasja! Pisał wiersze, proszę sobie wyobrazić, że zabrakło kilku godzin, by mój następca Jerzy Majdan wręczył mu wydany tomik jego wierszy. Takich cudownych ludzi mi brakuje. Nie możemy o nich zapomnieć. Jak mówił kardynał Wyszyński: naród bez historii, przeszłości, nie ma przyszłości. Leśnikom też mówię, by utożsamiali się ze swoim Nadleśnictwem. Niech nie gonią gdzieś za pieniądzem, za sukcesami, bo można je osiągnąć tutaj.

Tekst: Leszek Kosiorowski Zdjęcia ze zbiorów Biegu Piastów oraz archiwum rodzinnego Zyty Bałazy

Artykuł z Kwartalnika : Z KRAINY DUCHA GÓR Nr. 5 Jesień 2023

 

Free Joomla templates by Ltheme